Mark of the Ninja – recenzja

mark_of_the_ninja
Genialna skradanka, niedaleki krewny Shank z przyjemnym, wciągającym gameplayem. Do polecenia wszystkim szukającym indyka z wyższej półki.

Pretensjonalna fabuła

Produkcja spod ręki Klein Enterteinment znanych z serii Shank, Don’t Starve czy Eets. Tym razem wcielimy się w rolę wybitnego ninja, który uczestniczy w kolejnych misjach służących dobru klanu. Fabuła w tej produkcji jest raczej pretensjonalna, gdyż przez całą grę nie zastanowiłem się po co szlachtuję kolejne zastępy przeciwników. Jesteśmy zabójcą, który dzięki posiadanym tatuażom, wytwarzanym z rzadkiego kwiatu pustyni, posiada wybitne zdolności i w pojedynkę jest w stanie uratować klan. Za naszą siłę musimy zapłacić życiem, ponieważ każdy kto otrzymał tatuaże popada w szaleństwo. Nie chcąc popełnić samobójstwa popadniemy w dalsze kłopoty. Historia prosta, mająca na celu jedynie nadać naszej zabawie sens.

Stealth przede wszystkim

Mark of the Ninja to dwuwymiarowa skradanka z elementami logicznym. Przez większość gry musimy przedzierać się przez kolejne plansze, w których roi się od strażników. Naszym największym wrogiem jest światło, ponieważ stajemy się łatwi do zauważenia i wróg zwrócony w naszą stronę od razu podniesie alarm. W przypadku lamp możemy zniszczyć je za pomocą bambusowych strzałek. Gorzej jeśli źródłem światła jest wzmocniony reflektor lub piorun. Prócz zwykłego skradania, chodzenia po ścianach, suficie i wentylacji, możemy używać haka w miejscach do tego przeznaczony oraz po odpowiednich ulepszaniach wolniej opadać dzięki spadochronowi.
Wraz z kolejnymi poziomami dochodzą nowi przeciwnicy. Prócz zwykłych strażników staniemy przeciwko snajperom, wrogom wyposażonym w tarcze, która uniemożliwia frontowy atak czy psy, wyczuwającym naszą obecność. Mark of the Ninja to gra dla cierpliwych. Nie chodzi tutaj tak bardzo o zręczność, jak o wyczekanie dobrego momentu i sensowny plan. Biegnięcie na przepadłe z mieczem w zębach skończy się rychłą śmiercią. Co innego jeśli zniszczymy lampę i zajdziemy od tyłu strażnika, który będzie rozproszony sytuacją. Twórcy postarali się o ścieżki dla osób, których nie porywa spokojna rozgrywka. Path of might daje nam lepszy pancerz, czyli więcej zdrowia, które możemy uzupełniać poprzez ciche zabójstwa. Ścieżka pozwala na łatwiejsze powalanie wroga, w zamian tracimy możliwość zatrzymania czasu, gdy mierzymy np. z bambusowych strzałek.
Gra ustrzegła się przed monotonią, dzięki różnorodności poziomów oraz możliwością rozwoju postaci. Wraz z postępem w grze odblokowujemy kolejne ścieżki, w sumie jest ich aż 6, każda zmieniająca zupełnie styl gry. Na nasze wyposażenie składają się bambusowe strzałki, do których mamy nieograniczony dostęp, przedmiot rozpraszający uwagę strażników oraz dodatkowa broń. Dzięki zdobywanym punktom, zwojom (znajdźki) oraz pieczęciom otrzymywanym za osiągnięcia dostajemy walutę do wydania na upgrade’y. W grze mamy trzy możliwości rozdysponowania punktów. Na techniki, które pozwalają zwiększyć pancerz, biegać ciszej lub jeszcze wymyślniej zabijać wroga. Możemy je wydać na przedmioty rozpraszające w postaci m.in. bomb dymnych lub dodatkową broń jak zatrute strzałki czy pułapki. Ścieżka postaci determinuje nasz styl gry poprzez unikalne umiejętności pasywne oraz zmiany w ekwipunku. Path of silence pozwala nam na bezgłośne bieganie, jednak jesteśmy pozbawieni miecza, przez co nie możemy zabić przeciwnika. Zamiast standardowego wyposażenie posiadamy dwa przedmioty rozpraszające, bez dodatkowej broni. Path of madness powoduje, że martwe ciało przeciwnika powoduje przerażenie u jego sojusznika, którzy zaczynają strzelać na oślep i stają się łatwym celem. Niestety przy tej ścieżce, posiadamy jedynie dodatkową broń, bez przedmiotu rozpraszającego. Każdy poziom można przejść na więcej niż jeden sposób. Możemy przejść niezauważeni koło strażników, eliminować im po cichu zwabiając w nasze pułapki lub w mniej subtelny sposób poprzez przerażanie ich. Ile osób, tyle sposobów. Możliwość dostosowania stylu gry do własnych preferencji jest ogromnym plusem.

Indyk z charakterem

Oprawa audiowizualna jest bardzo przyjemna. Grafika bardzo przypomina Shank, wliczając w to niemal identyczny styl animacji. Postacie, jak i otoczenie są ubogo cieniowane lub w wypadku ciemnych pomieszczeń całe czarne z zarysowanymi konturami. Grafika bardzo przejrzysta i jak na indyka ładna. Animacje postaci były dynamiczne i płynne, choć powtarzające się sentencje zabójstw bywały męczące. Z tego powodu wybrałem Path of hunter, gdzie zabójstwa są szybsze oraz pozbawione QTE w postaci przesuwania myszki. Często skłaniałem się ku ciekawszym sposobom na zabójstwo, aby nieco się zabawić po serii jednakowych mordów.
Muzyka szybka, mocna, wpadająca w ucho. Niespełna półgodzinny soundtrack na grę, którą przechodzi się około 10 godzin to dość mało, jednak cisza towarzysząca w chwilach skupienia była wystarczająca. Dźwięków w grze praktycznie nie było. Poza powtarzającymi się jękami umierających przeciwników czy wznoszonych przez nich alarmów, słyszymy jedynie dźwięki używanego ekwipunku oraz dźwięki otoczenia. Muzycznie i graficznie gra wypada średnio, jednak jak to z grami indie bywa, najważniejszy jest gameplay, który był zajmujący i wciągający.

Mark of the Ninja to gra dla wszystkich poszukujących dobrej skradanki 2D. Za niewygórowaną cenę dostajemy prawie 10 godzin dobrej zabawy i urozmaiconego gameplayu. Pozycja obowiązkowa dla fanów indyków.

Ocena: 8+
Grafika: 8
Dźwięk: 7
Grywalność: 8

+wiele ścieżek rozwoju determinujących styl gry
+możliwość przejścia poziomu na różne sposoby
+urozmaicony ekwipunek i poziomy

-pretensjonalna fabuła
-chwilami zbytnia powtarzalność